Czasem, gdy wychodzę z pracy wszystko we mnie krzyczy. NIE!

Rozmawiam wtedy z samą sobą. Przecież mogłabym zmienić robotę. Przecież nie muszę tego robić. Nie muszę zajmować się sprawami młodzieży znajdującej się na ulicy, uzależnionej, zaburzonej. Nie muszę stawiać siebie w roli odpowiedzialnej za los innych ludzi, cudzych dzieci.

Nie muszę?

Od 1 grudnia w Warszawie mamy sporo zmian w systemie wspierania osób w kryzysie bezdomności. Jest nerwowo. Naprawdę.

Jeszcze sześć dni temu człowiek poszukujący pomocy i ciepłego miejsca przychodził do schroniska, pukał do drzwi i jeśli tylko był trzeźwy, i jeśli tylko było wolne łóżko dostawał to, po co przyszedł.

Teraz, żeby dostać się do schroniska musi posiadać decyzję administracyjną wydaną przez ośrodek pomocy społecznej. Uzyskanie decyzji wiąże się z określoną procedurą – wywiad, zebranie dokumentów. Oczekując na rozstrzygnięcie osoba bezdomna może nadal pozostawać na ulicy lub skorzystać z noclegowni.

W Warszawie są dwie noclegownie. Z relacji młodych osób bezdomnych, z którymi pracuję wynika, że pobyt w nich traktują jako ostateczność. Nierzadko wolą spać na dworcu i wcale nie dlatego, że muszą się napić czy coś wciągnąć.

– Nie mogłem spać, tylu ludzi tam jest. Jest strasznie głośno. Bałem się zasnąć, że mi coś zrobią – wyjaśniał nieustanne ziewanie jeden z podopiecznych po nocy spędzonej w noclegowni.

– Trzeba tam pilnować rzeczy – dodawał drugi – ciągle coś kradną.

–  Pełno robactwa jest. Ludzie się po nocy drapią – mówił kolejny.

– No i strasznie śmierdzi, bo nie wszyscy się myją.

Nawet ci już bardzo zaprawieni w bojach, którzy system pomocy bezdomnym w Warszawie znają od podszewki, wolą omijać noclegownie, bo „coś tam zawsze można załapać”.

– Ciężko tam zasnąć i mieć dobre sny.

Od sześciu dni, czyli od momentu wprowadzenia nowych rozwiązań w stolicy, jestem w stałym kontakcie z koleżankami, które pracują w schroniskach i od sześciu dni nikogo nowego nie przyjmują.

– Cały czas przychodzą do mnie ludzie. Ledwo żyję. Zamiast wyciągnąć dla nich materac i wskazać im miejsce, przez cały dzień tłumaczę im, że zmieniły się zasady – opowiada.

Jest pełna emocji, bo to ona siada twarzą w twarz z człowiekiem poszukującym wsparcia. To ona musi powiedzieć mu NIE. Odmówić przyjęcia do czasu załatwienia przez niego niezbędnych formalności.

– Myślisz, że oni to rozumieją?! – denerwuje się inna – oni myślą, że to ja ich nie chcę przyjąć, że to ja im odmawiam, że nie chcę im pomóc.

Przychodzi do nas 19 latek. Chciałby dostać się na Marywilską, do schroniska dla młodzieży defaworyzowanej. Zna to miejsce. Wcześniej już tam był, ale noga się powinęła i wyleciał. Czas banicji mu minął. Według starych zasad mógłby po prostu wrócić. Zgodnie z nowymi – musi dodatkowo uzyskać skierowanie.

– Będziesz musiał zgłosić się do ośrodka pomocy społecznej – wyjaśniam mu.

– Nie idę do żadnego ośrodka!

– Tylko musisz zrozumieć, że inaczej nie dostaniesz się na Marywilską.

–  Nigdzie nie idę, bo oni będą rozmawiać z moją rodziną, a ja nie chcę!

–  Nie wiem czy będą rozmawiać z nimi… – próbuję tonować emocje – ale muszą ocenić i zbadać twoją sytuacją. To jest teraz jedyna droga, żeby wrócić do schroniska.

–  To w takim razie ja nie pójdę na Marywilską.

Dokąd zatem pójdzie? Ma 19 lat i na swoim koncie taką historię życia, że dramatów starczyłoby spokojnie dla kilku dorosłych.

Spędza w naszym biurze cały dzień. Zjada z apetytem żurek, który ugotowałyśmy rano. Pomaga kroić sałatkę jarzynową i sam obiera jabłko. Podglądam go trochę i mam wrażenie, że robi to wszystko po raz pierwszy w życiu. Patrzę na niego i widzę dziecko, które na pewno nie powinno żyć na ulicy. Widzę chłopca, który mając osiemnaście lat opuszczał dom dziecka (po licznych pobytach w szpitalu psychiatrycznym) i wracał do swojego rodzinnego domu, w którym nikt na niego nie czekał… w którym cały czas było tak samo…

Tak mu pomogliśmy od chwili, gdy został zabrany od rodziny.  Teraz dorzuciliśmy jeszcze jeden drobny szczegół, który pewnie nie pomoże mu w podjęciu konstruktywnych działań. Dorzuciliśmy skomplikowaną dla niego procedurę i „wycieczkę” do ośrodka po decyzję administracyjną.

Czy w ogóle ktoś zadał sobie pytanie jak wiele wysiłku trzeba włożyć, by będąc bezdomnym wybrać się po pomoc? Stanąć przed obcymi ludźmi i opowiedzieć swoją historię? Opowiedzieć o swojej matce? Opowiedzieć o uzależnieniu? Leczeniu psychiatrycznym? Pobycie w więzieniu? Czy wiecie, że często osoba, która jest do nas kierowana idzie do nas co najmniej dwa dni. Odesłana z jednego miejsca, nie mając pewności czy w kolejnym uzyska pomoc, musi najpierw zatroszczyć się o posiłek, kąpiel, nocleg… Samo przemieszczanie się jest już wielkim wysiłkiem.

Na razie nasz dziewiętnastolatek będzie musiał wrócić do noclegowni, w której ciężko jest zasnąć. By się nie włóczyć w ciągu dnia, pewnie rano przyjdzie do naszego biura. Dostanie ciepłą zupę, wypije herbatę, posiedzi na facebooku. Będzie przez chwilę udawał, że wiedzie normalne życie dziewiętnastolatka. Aż znów nadejdzie noc…

Close

Pin It on Pinterest

Share This

Share this post with your friends!